Dalsze losy ponurego miasteczka Twin Peaks Recenzja w połowie drogi

Zjedź niżej

W momencie, gdy usłyszałam, że mój mistrz David Lynch razem z Markiem Frostem zamierzają powrócić do Twin Peaks, za sprawą stacji telewizyjnej Showtime, prawdopodobnie, jak wiele osób, czułam jednocześnie ekscytacje jak i przerażenie. Reżyser miał więc możliwość przywrócenia do życia kulturowego dziś serialu, bez odgórnych nakazów ze strony telewizji. Do tego zebrał imponującą obsadę, która łączyła nowe postacie oraz starych bohaterów, których znaliśmy i kochaliśmy. Dodatkowo Lynch ogłosił, że nie tylko będzie reżyserem, jak i scenarzystą, ale również, że cała seria będzie bardziej 18 godzinnym filmem, aniżeli serialem w odcinkach. Nie należy jednak zapominać, że Twin Peaks traktowane nie tylko jako najlepszy, ale również najbardziej przełomowy serial w historii telewizji.

W związku z tym oczekiwania ze strony fanów były niezwykle wysokie. Skupiając się na jedenastu pierwszych odcinkach „Twin Peaks” możliwe jest stwierdzenie, że Lynchowi udało się coś również fascynującego i niedoścignionego, jak w przypadku poprzednich serii. Oczywiście, nie można oceniać serialu wyłącznie na podstawie połowy obejrzanego materiału, niemniej jednak, to, co zobaczyłam do tej pory, sprawia, że z wypiekami na twarzy czekam nie tyle na samo rozwiązanie, co kolejne odcinki jako takie.

Twin Peaks recenzja
Twin Peaks

Mamy bowiem do czynienia z dramatem kryminalnym okraszonym surrealizmem, dziwacznym humorem, z elementami super-naturalnego horroru oraz opery mydlanej. To wszystko sprawia, że jest to prawdopodobnie najważniejszy projekt reżysera od wielu wielu lat i najprawdopodobniej najważniejsze wydarzenie telewizyjne roku 2017. [SPOILER] Poprzedni sezon zakończył się w momencie, gdy Agent FBI Dale Cooper, grany przez fantastycznego Kyle’a MacLachlana utknął za kurtyną, podczas, gdy jego zły sobowtór zajął jego miejsce. Teraz, po 25 latach okazuje się, że nasz bohater dalej tkwi w Limbo, podczas, gdy drugi Dale Cooper sieje chaos i zniszczenie na swojej drodze. By wszystko wróciło do normy, muszą zamienić się miejscami, co zupełnie nie jest na rękę sobowtórowi. Okazuje się dodatkowo, że została stworzona kolejna kopia naszego bohatera – Dougie Jones. I w tym momencie, zaczyna się przygoda widza z nowym sezonem „Twin Peaks”, który jest nieodgadniony niczym myśli samego reżysera. [KONIEC SPOILERA]

Można spotkać się z opiniami, że twórcy popełnili ogromny błąd, manewrując pomiędzy kilkoma lokalizacjami. Nic bardziej błędnego. Dostajemy bowiem powiązane ze sobą historię, które wprowadzają do Lynchowskiego świata paletę barwnych bohaterów oraz niewyjaśnionych zdarzeń. Niekiedy sama zastanawiałam się o co w tym wszystkim chodzi, by po chwili odpalić kolejny odcinek i śledzić losy bohaterów z zapartym tchem. Wyjście poza tytułowe miasteczko pozwoliło również na dużą ilość scen z uwielbianym przez mnie 2 dyrektorem FBI, w którego wcielił się sam reżyser. Jego postać jest tak karykaturalna i przekomiczna, że czasami nie byłam do końca pewna czy taka była konwencja, czy Lynch po prostu nie umie grać. Pojawiają się także starzy bohaterowie jak Lucy czy Andy – którzy są jak zawsze fenomenalni. Cieszy także epizod Davida Duchovnego czy Diane, w którą po raz kolejny wcieliła się zjawiskowa Laura Dern.

Jak już wspominałam, postacie się dziwne, kolorowe i sprawiają, że widz, nie nudzi się. Niezwykle trudno jest mi ocenić serial z perspektywy połowy sezonu, gdzie poszczególne wątki jeszcze się dobrze nie zazębiły, ujawniając ukryty w nich cel. Chociaż w przypadku Lyncha do końca bym nie była pewna czy takowy istnieje. Odnosząc się jednak do nich z perspektywy osobnych obrazów, mogę powiedzieć jedno – idealnie odtworzony został klimat starych serii, bez skupiania się na dosłownym jego kopiowaniu. Dostajemy więc momenty absolutnego surrealizmu, momenty humorystyczne, jak i horror w czystej postaci.

Wielu fanów – podobnie jak ja – obawiało się, że Lynch niezbyt nadaje się do zadania, jakim jest wyreżyserowanie nowego sezonu Twin Peaks, szczególnie, że od ponad dekady nie miał na swoim koncie, żadnej (dobrej) produkcji. Mogę jednak zapewnić, że jego obecny twór jest dziwacznie piękny, nawet jak na jego standardy. Reżyser całkowicie odszedł od zasady, zgodnie z którą każdy z odcinków musi budować swoistego rodzaju napięcie. Tutaj mamy do czynienia z wolnym tempem, które może być nużące dla nowych widzów, niemniej jednak idealnie pasuje do realizowanego materiału. Żongluje poszczególnymi scenami w taki sposób, że widzowi trudno jest się domyśleć, co będzie się działo w następnych scenach, ani dokąd zmierza cała historia. Warto podkreślić, że Lyncha wspierał Peter Deming, który pracował z nim przy „Mulholland Drive”. Jest on poniekąd gwarancją, że prawdopodobnie nie zobaczycie lepiej wyglądającego serialu telewizyjnego. Powrócił również kompozytor Angelo Badalamenti, który dalej rozczula widza ikonicznym już motywem przewodnim. Co interesujące, pod koniec każdego odcinka pojawia się inny zespół z zaskakującymi aranżacjami muzycznymi. Osobiście najbardziej mnie poruszył występ Nine Inch Nails, który idealnie wkomponował się w dziwaczny i surrealistyczny odcinek ósmy.

twin peaks recenzja
Twin Peaks.

Jak zostało wspomniane w nowym „Twin Peaks” przewijają się zarówno nowe jak i stare postacie, który pod każdym względem są niezwykłe i intrygujące. Starzy weterani nie mieli najmniejszego problemu, by znów wcielić się w bohaterów, których znamy i lubimy. Czasami odnoszę wrażenie, jakby tak naprawdę nigdy nie przestali ich grać. Dodatkowo zupełnie nowe postacie idealnie wpasowują się w klimat Lynchowskiej opowieści. Na pierwszym planie znajduje się oczywiście Kyle MacLachlan, który jest fenomenalny, jeżeli chodzi o trzy różne wcielenia Agenta Coopera. Komizm sytuacji wynika głównie z tego, że nie za bardzo wie, co się wokół niego dzieje, co warunkuje wchodzenie w interakcje z pozostałymi bohaterami. Jeżeli chodzi zaś o nowe postacie, to na uwagę bez wątpienia zasługuje Matthew Lillard, który jest miłym i normalnym facetem, posądzonym o straszliwą zbrodnię. Scena, w której jest przesłuchiwany jest niezwykle wymowna oraz zostawia widza w stanie totalnej konsternacji.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż nowe „Twin Peaks” z ogromną obsadą oraz wielowątkowością może okazać się serialem, który prowadzi donikąd, a jego dziwność jest celem samym w sobie. David Lynch jest jednak dla mnie reżyserem, który w 5 minut potrafi rozwiać powyższe wątpliwości, a połowa sezonu wydaje się być idealnie wykalkulowanym reżyserskim tworem, który ma zaskakiwać oraz wywoływać w widzu poczucie niepewności do ostatnich minut. Co prawda, nowy sezon nie będzie przedmiotem dyskusji, jak to miało miejsce w przypadku przełomowego pierwszej serii, niemniej jednak, to co do tej pory widziałam sprawia, że już nie mogę doczekać się kolejnych odcinków. A co najważniejsze: Gdzie jest Bob?