Pennywise wraca do miasta, aby ponownie straszyć Recenzja To - nowej adaptacji powieści Stephena Kinga

Zjedź niżej

Powiedzenie, że Stephen King jest płodnym autorem byłoby niedomówieniem. Ten człowiek od 50 lat wręcz wyrzuca z siebie nowe książki z taką szybkością, że gdyby ktoś w tym momencie postanowił je wszystkie przeczytać i być na bieżąco, to prawdopodobnie potrzebna by była bardzo długa dziekanka albo co najmniej roczny urlop. W ostatnim czasie, poza wydawaniem powieści, zajął się również przekładaniem ich na mały i duży ekran. W ten sposób w niemal tym samym czasie wyszły dwa seriale – Mgła i Mr. Mercedes oraz dwa filmy kinowe – Mroczna Wieża i TO.

Powieść TO powstała w okresie świetności Kinga, w czasach kiedy ćpał i pił na potęgę, czyli w okresie najbardziej dziwacznych i niepokojących pomysłów. Nie trzeba czytać powieści, aby znać klauna Pennywise i dostawać dreszczy na widok charakterystycznego żółtego kapoku i czerwonego balonika. Historia, a przede wszystkim postaci z tej powieści, zakorzeniły się już na dobre w popkulturze, w szczególności kiedy w 1990 powstał miniserial o tym samym tytule, gdzie w rolę klauna wcielił się Tim Curry. Nic dziwnego więc, że kiedy do mediów przedostały się informacje o nowej, tym razem kinowej, adaptacji, temat nie schodził z ust fanów i dziennikarzy.

Od pierwszej sceny zostajemy chwyceni za serce, ponieważ widzimy brutalne porwanie małego chłopca przez tajemniczego klauna ukrytego w kanale. Następnie akcja przenosi nas trochę do przodu, do początku wakacji w Derry roku 1988, gdzie poznajemy naszych głównych bohaterów. Jest to grupa 12/13 letnich dzieciaków zwanych „Gangiem Frajerów”. Z biegiem czasu poznajemy ich historie oraz charaktery i to bez drętwych ekspozycyjnych dialogów. Dowiadujemy się, że w Derry rocznie jest więcej zaginięć dzieci niż w innych miastach. Kumple zapewne wzięliby to za niepokojącą ciekawostkę, którą można odpowiadać pod namiotem, żeby kogoś nastraszyć, gdyby nie to, że jeden z nich okazuje się bratem zaginionego chłopca z początkowych scen. Kiedy każdego z nich zaczynają nawiedzać bardzo realistyczne wizje własnych strachów, w tym tajemniczego klauna, „gang frajerów” wyrusza na odsiecz.

to recenzja

W TO można by się zachwycać nad wieloma rzeczami, ale żadna z nich osobno nie obroniłaby się tak, jak obroniły się dzieciaki odgrywające główne role. W tym filmie casting jest po prostu bezsprzecznie znakomity. Każda z postaci ma coś charakterystycznego, każda ma swoją historie i swoje demony, a jednak czuć między nimi chemię. Oglądanie ich zabaw i przysłuchiwanie się ich rozmowom jest zupełnie jakbyśmy w rzeczywistości podglądali po prostu zżytą ze sobą grupę przyjaciół. Tu nic nie jest zrobione ani wciśnięte na siłę, nawet żarty są dostosowane do ich wieku, zatem przygotujmy się na żarty z podtekstami i te z cudzych matek.

Nie byłoby jednak całej tej historii, gdyby nie niesławny Pennywise. Muszę przyznać, że w mojej głowie jego postać jest tak bardzo równoznaczna z twarzą Tima Curry’ego, że bałam się tej nowej odsłony z młodziutkim Billem Skarsgardem. Szczególnie w erze wszechobecnego CGI, który może zarówno wbić w fotel, jak i zwyczajnie się nie sprawdzić. I kolejny raz dałam się pozytywnie zaskoczyć twórcom, ponieważ nowy Pennywise jest kapitalny. Genialnie przerysowana, zagrana i wygenerowana postać. Sam jego sposób poruszania się i gesty przywodziły na myśl kanciaste, specjalnie wyuczone, niezgrabne ruchy klauna, które wszyscy znamy. I to zarówno w scenach akcji, jak i tych, gdzie tylko stał i machał dłonią. Pennywise jest tu zarówno autentyczny jak i autentycznie przerażający. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Tim ma godnego następcę.

to recenzja

Czy więc nowe TO jest mrożącym krew w żyłach horrorem, na którym nie da się usiedzieć bez zakrywania sobie co jakiś czas oczu? Według mnie, nie. Oczywiście mamy tu wszystkie niezbędne elementy horroru. Mamy potwory, mamy stary nawiedzony dom, jump scary i trochę ran kłutych. Mimo to cały film wcale nie jest szczególnie straszny. Większości jump scarów zwyczajnie się spodziewamy, a sceny budzące wyjątkowy strach szybko równoważone są jakimś żartem lub zmianą scenerii. Co nie znaczy, że film nie trzyma w napięciu – wręcz przeciwnie. Jesteśmy stale utrzymywani w dusznym stanie niepokoju, ale nie do tego stopnia, żeby się tym zmęczyć.

Film pozostawia nas niestety z kilkoma pytaniami bez odpowiedzi. Nie mogę ich nazwać w żadnym wypadku lukami fabularnymi, ponieważ bardzo możliwe, że był to celowy zabieg wprowadzenia większej dozy tajemniczości, lub trzymający nas w napięciu do następnej części. Aczkolwiek szkoda, że chociaż pewne istotne kwestie w związku z nietypowymi morderstwami Pennywise’a nie zostały nam wytłumaczone. Do końca nie wiemy co takiego stało się z jego cyrkiem ani dlaczego powraca do Derry co 27 lat. W poszukiwaniu odpowiedzi warto zajrzeć do książki, ponieważ, muszę wspomnieć, że film przedstawia jedynie pierwszą połowę powieści.

Pomimo całej tej otoczki grozy jest to opowieść przede wszystkim o przyjaźni. O tym, jak pomiędzy kolejnymi bójkami, siniakami, pozdzieranymi kolanami i wspólnym wrogiem, tworzą się nowe więzi i umacniają stare. Jak wspólne pokonywanie trudności zbliża, a nie poróżnia oraz jak nawet największy problem można pokonać trzymając się razem.

Dawno nie widziałam filmu po którym wyszłabym z kina z wielkim WOW na ustach i żalem, że już się skończył. TO jest niesamowicie angażujący i te ponad dwie godziny ciągłego trzymania kciuków za bohaterów, napięcia i całego wachlarza emocji, który na nas spada, sprawiają, że jesteśmy w stanie utożsamić się z każdym z tych nerdowatych dzieciaków. Stać się członkiem „gangu frajerów” i przeżywać wszystko razem z nimi. A chyba właśnie o to chodzi w kinematografii. O emocje.