Teoria Wielkiego Podrywu zrobiła więcej złego niż dobrego dla geeków

Zjedź niżej

Jeden z najpopularniejszych seriali Ameryki – The Big Bang Theory od wielu lat bawi publiczność swoją specyficzną tematyką geeków i intelektualistów. Każdy z męskich bohaterów to zatwardzały fan gier komputerowych, seriali science fiction i technologii. Na zewnątrz wydają się zabawną, zgraną paczką przyjaciół, zadowolonych ze swojego hobby i życia. Wystarczy jednak kilka minut, aby zdać sobie sprawę jak bardzo im to przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu w społeczeństwie oraz jak bardzo nieszczęśliwi są, a co za tym idzie – jak łatwo jest odhumanizować nerda i zmieszać kulturę z błotem, nawet jeśli subtelnie i powoli.

Kultura geekowa stała się mainstremowa już jakiś czas temu. Obecnie modnie jest znać największych filozofów, filmy z supoerbohaterami i największe gry komputerowe. Nerdy to już nie wyalienowana grupa ludzi, która siedzi w swoich piwnicach oglądając seriale i oświadczający się swoim kalkulatorom. Jednak zostawiając te sprawę definicji socjologom, bardzo łatwo możemy zaobserwować jak owa kultura przesiąknęła w codzienne życie każdego z nas. Dziś wszyscy mamy w sobie coś z nerda – i bardzo dobrze. Jednak Teoria wielkiego podrywu definitywnie nie pomogła w popularyzacji, a wręcz ukazuje ową kulturę w średnio pozytywnym świetle.

Aby się o tym przekonać musimy wrócić do pierwszych sezonów serialu, najlepiej pierwszych dwóch. Widzimy czterech przyjaciół, naukowców. Leonard, Sheldon, Raj i Howard to paczka przyjaciół, która ma sporo problemów z komunikacją ze społeczeństwem. Uciekają w gry, seriale oraz komiksy, wyraźnie odstając od „zwykłego” społeczeństwa. Największą niepełnosprawność wykazują w stosunku do relacji z kobietami. Są dziwni, natarczywi, brak im wyczucia chwili, a Raj do połowy serialu nie potrafi wypowiedzieć słowa na trzeźwo przy obecności płci przeciwnej. I tkwią w swojej bezradności, stale wracając do swoich ulubionych produktów kultury.

Bardzo szybko narracja przybiera dość specyficzny obrót, charakteryzując się jedną prostą zależnością – im mniej „geekowatości”, tym bardziej szczęśliwsi są bohaterowie. Szczególnie w późniejszych sezonach, gdy twórcy drastycznie odeszli od swojej formuły żartów z kultury, a postawili na bardziej obyczajową narracje w stylu Friends, niekiedy okropnie dokładnie. Warto zauważyć, że dopiero gdy bohaterowie wyzbyli się wszelkich oznak swojej przynależności do grupy nedrów zaczęli osiągać sukcesy osobiste jak i zawodowe. Po drodze byli karceni za swoje zainteresowania, wyśmiewani, głównie przez swoje własne kobiety. Tłamszą ich, każą wybierać pomiędzy pasją a nimi, chowają lub sprzedają najlepsze zdobycze, za nic mają całą kulturę. A bohaterowie robią wszystko, aby przypodobać się swoim wybrankom. Czy na tym powinien polegać szczęśliwy związek?

Drugą sprawą są żarty z popkultury, które bardzo często ograniczały się do relacjonowania słynnych rzeczy w formie prostego monologu. Żadnych głębszych przemyśleń, żadnego błyskotliwego żartu. Proste wspomnienie o kulturze, niejako dziwne mrugnięcie okiem do oglądającego, który ma odpowiadać „Patrz, znasz Gwiezdne Wojny? Oni też znają i oglądają” i nic więcej. Obdarte, niepotrzebne i przykre. Nic nie idzie za wspomnieniem. Komedia oparta na zupełnie niczym i gdy zdamy sobie z tego sprawę zaczyna to niemiłosiernie przeszkadzać. Z czasem zabrakło nawet tego, przemieniając show w kolejny sitcom o grupie przyjaciół, którzy tylko jedzą i rozmawiają. Serial zatracił swój, i tak już wyblakły, charakter.

Do tego okropne stereotypy. Penny to głupia blondynka, której głównym celem w serialu jest poniżenie i patronowanie przez męskie postacie, zanim ostatecznie zakochuje się w jednym z nich. Mniej więcej każdy żart o Raju z tego, że jest on typowym Hindusem. Tymczasem Howard to przestarzały żydowski stereotyp – a jego matka jest jeszcze gorsza. Potem jest Sheldon, więc publiczność może śmiać się z kogoś z zespołem Aspergera, nie czując się przy tym źle.

Ciekawą zależnością są również zdjęcia promocyjne i to, jak z czasem przestały być całkowicie powiązane tematycznie (patrz pierwsze i drugie zdjęcie). Już nie ma chłopaczków w koszulkach z superbohaterami, ale przystojni, dobrze ubrani mężczyźni, porywacze kobiecych serc. Być może mało znacząca zmiana, być może nawet nie było takich intencji, niemniej można zauważyć w jaką stronę podąża całe show – Friends 2.0 i nic więcej.

I nie wydaje się, iż zanosi się na poprawę. Niemniej brak na horyzoncie dobrych sitcomów, które można oglądać bez zażenowania i bez strachu, iż przyznając się do oglądania zostaniemy wyśmiani. Na dłuższą metę Teoria Wielkiego Podrywu z czasem mocno odchodzi o swoich korzeni, skupiając się na przeciętnej obyczajówce z delikatnym elementem kultury, niemniej niesmak pozostał. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że gdyby nie TWP powstałby inny sitcom, który być może byłby jeszcze gorszy i obrazoburczy. Więc może to dobrze, że tak potoczyła się sprawa i możemy od czasu do czasu obejrzeć odcinek, który nie jest wybitny, ale wystarczający.