Najpiękniejsza laurka na świecie Recenzja płyty Kamil Pivot - Tato Hemingway

Zjedź niżej

Dawno, dawno temu istniało sobie życie. Takie zwyczajne, proste, często szczęśliwe. Rodzice krzątali się po domu, dzieci bawiły się patykami. Wszystko zgrywało się w jedną, spójną całość. Nikt do nikogo nie miał pretensji, bo ciężko je mieć do naturalnej kolei rzeczy. Wtedy jednak pojawili się źli raperzy i zachwiali równowagę. Zaczęli chwalić się bogactwem i kazali nam „wygrywać życie” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Wtedy, moi drodzy, pojawił się rycerz z obozu wroga. Pokazał, że można pozostać wiernym swoim ideałom i utarł nosa złym raperom. Koniec.

Jak byśmy się nie starali nie uciekniemy od naszego społecznego brzemienia. I tam gdzie wielu stara się je ukrywać, wspominając na płytach tylko o pięknych kobietach i samochodach, tam Kamil Pivot wychodzi przed szereg i z dumą przyznaje się do ojcostwa i radości z niej płynącej. Bo nie jest to zwykły krążek jakich wiele. To hołd dla rodziny. Na ośmiu utworach albumu otrzymujemy dawkę trudów normalnego, rodzinnego życia, gdzie problemami nie jest trema przed koncertem lub trudność wyboru nowego samochodu, a chore dziecko i brak pieniędzy. Czy to nie smutne, że takich tekstów trzeba ze świecą szukać?

Kamil Pivot wykreował siebie w piękny sposób. Na pierwszy rzut oka teksty mogą wydawać się dziwne – tu idę po chleb, tu syn nieustannie zadaje pytania. Jednak proza życia została idealnie doprawiona przyzwoitym flow i bogactwem porównań. Fajerwerków nie stwierdzono, bo też po co. Tutaj masz się rozczulać, nie podziwiać. Jednocześnie nie zrozumcie mnie źle – to jeszcze większa sztuka ubrać w ciekawy sposób rzeczy nieciekawe. Czy trzeba mieć do tego talent? Niewątpliwie.

I co najlepsze – w tym wykonaniu czuć, że to tylko hobby. Nie ma parcia, niepotrzebnych przepychanek i szpil wbijanych gdzie popadnie, bo temat nośny. Kamil wyraźnie wspomina, iż nie liczy na wielki rozgłos czy pieniądze. Zrobił płytę, bo chciał i za to należy się ogromny szacunek. To potwierdza rangę tej muzyki. A że przy okazji zrobił najpiękniejszą laurkę dla swoich dzieci – to już inna sprawa. Do tego muzycznie interesująca podróż w czasie, do lat, w których komputery służyły nam bardziej do grania niż produkowania przekombinowanych dźwięków. Czysta szkoła i najlepszym wydaniu, której chyba nam (a na pewno mnie) brakuje. Soulowe rytmy przebijają się znakomicie, dopełniając nieco nostalgiczną gadkę, przez co jest bardzo przyswajalna.

Dzieciaki Kamila dostały coś niespotykanego. Pamiątkę na całe życie, którą z dumą będą mogli pokazywać kolegom w szkole czy kilkanaście lat później w pracy. Będą mogli puścić utwór i powiedzieć z dumą: Patrz, to mój tata o mnie rapuje.  Myślę, że ta płyta zrobiła wiele dobrego. Tylko ta nazwa taka średnia. Ja rozumiem żart, ale Google niekoniecznie.

Zdjęcie: Łukasz Porębski