Król złych filmów powraca po raz piąty Recenzja Rekinado 5: Efekt Płetwiarniany

Zjedź niżej

Zamiast przerażających grafik z filmu postanowiliśmy uprzyjemnić artykuł dodając miłe i przyjazne morskie stworzonka. Spójrzcie jaki śliczne! 

W roku 2013 stacja Syfy zadebiutowała ze swoim małym projektem zatytułowanym Rekinado. Była to mieszanka totalnej kampowej głupoty, która skupiała się na dziwnej pogodowej anomalii, jaką było tornado wypełnione rekinami, które pustoszyło Los Angeles. Dostaliśmy więc orgię tanich efektów specjalnych, wypełnioną żartami, które były tak suche, że śmieszyły na każdym kroku oraz trzecioligowymi aktorami, którzy próbowali zachować na planie kamienną twarz. Co prawda efekt końcowy był marny, ale kombinacja ducha filmów z lat ’80 oraz sam tytuł przyciągnęły widzów przed ekrany telewizorów, a Rekinado stało się światowym fenomenem.

Idąc za ciosem, co roku wypuszczane są kolejnej części, które nie tylko dzieją się w najróżniejszych lokalizacja od Nowego Jorku na kosmosie kończąc, ale również wprowadzają zupełnie nowe postacie, które do tej pory pojawiały się przede wszystkim w filmach klasy Z. Schemat jednak pozostał ten sam, trzecioligowi aktorzy mierzą się z czwartoligowymi rekinami w CGI, a wszystko okraszone jest nawiązaniami do dużo lepszych produkcji. Dodatkowo dostajemy nowe wersje Rekinada – Roponado, Safarinado, które ograniczone są jedynie kreatywnością twórców.

Damian Patkowski

W tym roku pojawiło się „Rekinado 5” i już na samym początku pisania tej recenzji pojawiły się liczne problemy z tym tytułem. Po pierwsze ciężko jest zrecenzować coś, co wymyka się wszelkich schematom, jest głupkowate i jest tworem, który sam nabija się z siebie. Dodatkowo, wszystkie problemy i wady produkcji, pojawiły się już w poprzednich odsłonach, dlatego w tym przypadku mamy do czynienia z powtórką z rozrywki.

Nic nie zmieniło się bowiem na lepsze, ale także nic nie zmieniło się na gorsze.  Ze względu na to, iż każde „Rekinado” jest praktycznie takie samo – rekinie tornado znów atakuje świat i tylko Fin Shepard oraz jego żona April są w stanie uratować dzień. Niestety bohaterowie zostali obdarci z resztek godności ku uciesze fanów i po raz kolejny powtarzają dialogi z poprzednich części. Niestety zabrakło mojego ukochanego Davida Hasselholfa, ale pojawia się plejada prawdziwych gwiazd, z Olivią Newton – John na czele. To także ekipa „Today Show”, Fabio czy sam Tony Hawk. Oczywiście największa gwiazda pojawia się dopiero na koniec, ale nie zdradzę kim jest, by uniknąć spoilerów. Interesujące jest, że większość decyzji castingowych zawsze, w tym przypadku okazuje się trafiona.

Podobnie, jak w poprzednich częściach, podróżujemy z bohaterami praktycznie po całym świecie. Odwiedzamy bowiem: Londyn, Australię, Stonehenge, Egipt, Brazylię, Kansas, a nawet Japonię. Co ciekawe, produkcja była kręcona tylko w kilku lokalizacjach w Wielkiej Brytanii, podczas, gdy reszta została nakręcona w Bułgarii, a tło zostało dodane w CGI. Tym razem zostajemy jednak zarzuceni prehistorią początków Rekinada, co było dla mnie jednym z zabawniejszych elementów produkcji.

Thanachot Phonket

Pojawia się również szereg nawiązań, do takich filmów, jak: „Amerykański wilkołak w Londynie”, „Poszukiwacze zaginione arki”, „Mad Max: droga gniewu” czy nawet do „Grease” czy przygód Jamesa Bonda. W Japonii Rekinado otrzymało nazwę „Sharzilla” – do czego jest to nawiązanie, chyba nikomu nie muszę mówić. Jeszcze nie opadły emocje po obejrzeniu piątej części cyklu, a już nie mogę się doczekać kolejnej części, szczególnie, że jej premierę zaplanowano na kolejny rok.  Osoby, które tolerują konwencję „Rekinado” będą wniebowzięte, tym co zobaczą tym razem. Będzie nie tylko głupkowato, ale również śmieszne, jeżeli na 1.5 h wyłączymy całkowicie myślenie i będziemy cieszyli się z odniesień, nawiązań oraz występów gwiazd.

Co ważniejsze, twórcy mogli tym razem przekroczyć granicę, gdzie film przestałby być pociesznie bezsensowny i zaczął irytować. To prawda, że niektóre żarty powtarzane są w ten sam sposób przynajmniej pięć razy pod rząd, ale dla mnie jako wielbicielce cyklu, zupełnie to nie przeszkadzało, bo i tak wiadomo, że w tym wszystkim najważniejsze są rekiny. Dodatkowo Tara Reid wypowiada najbardziej genialny on-liner w historii produkcji, który jest idealnym podsumowaniem, tego, co widzimy na szklanym ekranie: Now you want logic?

Jest to bez wątpienia pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów kina klasy B, zapomnianych gwiazd, beznadziejnych żartów, które i tak śmieszą oraz osób, które po prostu chcą na chwilę odprężyć się i zanurzyć się w tą jazdę bez trzymanki, która koniec końców wydaje się być całkowicie bez sensu.

Maegan Luckiesh