Obcy kilka miesięcy później Recenzja Obcy: Przymierze

Zjedź niżej

Nasza przygoda rozpoczyna się 10 lat po wydarzeniach z Prometeusza. W tym przypadku mamy do czynienia z bezpośrednim sequelem, który próbuje wypełnić dziurę pomiędzy poprzednią produkcją a oryginalnym Obcym. Wszystko zaczyna się od wypadku na statku Przymierze, który ma zabrać grupę kolonistów na nową planetę. Kapitan, w którego wciela się James Franco (cóż za zmarnowania potencjału) ginie natychmiastowo, a jego miejsce zajmuje Oram, który okazuje się być totalnym słabeuszem i z którego winy zginie praktycznie cała załoga. Dodatkowo podróżuje z nimi android Walter – lepsza wersja Davida, którego zagrał genialny Fassbender. Praktycznie kradnie cały film i jest najlepszą rzeczą jaka mogła go spotkać.

Po przebudzeniu załoga jest wstrząśnięta przez to, co się właśnie wydarzyło. Niestety ich cel podróży jest dalej niż myśleli. Wybawieniem okazuje się dla nich sygnał, z pobliskiej planety, która wydaje się być idealna do zamieszkania i opuszczają statek by ją zbadać. Warto podkreślić, że praktycznie cała fabuła opiera się na niedorzecznych decyzjach podejmowanych przez poszczególnych członków załogi, które wpędzają ich na każdym kroku w jeszcze większe kłopoty.

obcy recenzja

Całość od początku do końca brzmi, jak powtórka z każdego filmu o Obcym, niemniej jednak jestem święcie przekonana, że skrypt do Przymierza nawet nie leżał obok któregokolwiek z tych produkcji. To po raz kolejny jest to wariacja, na temat tego samego schematu. Po pierwsze nasi bohaterowie lądują na tajemniczej planecie, potem zostają zaatakowani przez obcych. Dodatkowo zdają sobie sprawę, że bohater, który teoretycznie należy do ich drużyny, okazuje się być zdrajcą. Protagoniści w ostatniej chwili uciekają by spotkać się z drugim zakończeniem, gdy wszyscy myślimy, że już jest po wszystkim. Mimo, iż na przestrzeni czterech pierwszych części schemat ten sprawdził się znakomicie, to w tym przypadku wszystko poszło nie tak, od początku do końca. Twórcy próbują bowiem dokonywać wariacji na temat tych samych obrazów i sytuacji, które widzieliśmy setki razy, co bardziej nuży, aniżeli wywołuje dreszczyk emocji, jak w przypadku poprzednich części.

Bez wątpienia na największą uwagę zasługuje podwójny występ Fassbendera. Moim skromnym zdaniem, pojawia się on i tak zbyt późno, ale na tyle wcześnie, by uratować cały film. Co najbardziej mnie zaskoczyło, to wielość scen, w których aktor gra przeciwko sobie samemu. Efekt ten jest tak subtelny, że momentami zapominałam, że mamy do czynienia z jednym i tym samym aktorem. Są one napisane w taki sposób, że czasami odnosiłam wrażenie, Przymierze nie jest pomostem pomiędzy Prometeuszem a Obcym, a raczej zagubionym materiałem z Łowcy Androidów.

Jak zostało już podkreślone, główni bohaterowie co krok popełniają coraz głupsze błędy, że czasami zastanawiałam się czy film powinnam oceniać na podstawie logiki funkcjonującej w prawdziwym świecie. Doszłam do wniosku, że może dużo lepszym odnośnikiem byłby koszmar osadzony w Jungowsko – Freudowskiej narracji, gdzie nasze największe lęki się urzeczywistniają. Oczywiście nie mogło zabraknąć klasycznej sceny pod prysznicem, czy powtórki z Prometeusza. Na plus na pewno należy zaliczyć atmosferę, która panuje w opustoszałym mieście, gdzie rezyduje David. Może nie jest to najlepszy plan w historii horrorów, ale zasługuje na uwagę. Nie dajmy się jednak zwieść, gdyż Przymierze tylko udaje, że jest mocnym science fiction o technologii i racjonalnym myśleniu. Jedynie wybrane fragmenty mogę zaliczyć w poczet mrocznej bajki o destrukcji, tworzeniu, śmierci i narodzinach. To także historia ojca i jego dzieci. David sam jest bowiem potworem Frankensteina, by na przestrzeni lat przeobrazić się w nową wersję Doktora Frankensteina, który cierpi na kompleks stwórcy. Dodatkowo należy podkreślić, że przez powyższą historię przebija się również szekspirowski dramat – Prospera i Kalibana. Android jest bowiem podstępnym i zazdrosnym synem, który ma obsesję na temat zniszczenia ludzi, którymi tak bardzo gardzi.

obcy recenzja

O ile w oryginalnych filmach o obcym mieliśmy do czynienia z genialną warstwą wizualną, tutaj dostaliśmy dość marnej jakości CGI, które psuje cały efekt tajemnicy. Poza tym umieszczenie naszego głównego antagonisty w świetle dziennym, było najgłupszym posunięciem, na jaki mogli wpaść twórcy. Aż przypomina mi się, w jak genialny sposób przedstawione to zostało w pierwszym filmie o obcym. Dodatkowo przez postać Davida przebrzmiewa smutna historia samego reżysera, którego sukces miał wielu ojców, a którym musiał nieustannie udowadniać, że jest na równi z nimi. To także ojciec, który wprowadził nowe spektrum do gatunku, jakim jest science – fiction, a który musiał patrzeć przez blisko 40 lat, jak gatunek ten rozpada się kawałek po kawałku.

Bez wątpienia nie jest to najlepszy film Ridleya Scotta na przestrzeni ostatnich lat. Nie jest on nawet na tyle angażujący, bym chciała po niego sięgnąć drugi raz. Co prawda ma świetnie momenty, jak chociażby zniszczenie miasta czy ucieczka z planety, ale reszta to zlepek fragmentów, które nijak mają się do oryginału, dodatkowo obdzierając postać głównego antagonisty z tajemniczości, która była mocną stroną każdej z historii. To również brak silnych kobiecych postaci, które nie tylko rządziły na dużym ekranie, ale którym kibicowaliśmy od początku do końca. W tym przypadku, po pierwszych 10 minutach seansu, chciałam by ci ludzie jak najszybciej zginęli. Niestety jest to pozycja dla nikogo. Nie jest bowiem przeznaczona ani dla fanów oryginalnego Obcego, ani dla fanów gatunku, ani również dla wielbicieli tego typu historii. A szkoda.