Dzisiejsza muzyka nie jest już taka sama i nigdy nie będzie

Zjedź niżej

Załóżmy taką sytuację – sprowadzamy z XVIII wieku, znanego nam wszystkim, Jana Sebastiana Bacha. Powiedzmy zapraszamy go do najlepszej sali koncertowej na świecie. Bierzemy znakomitego pianistę, jakiegoś laureata prestiżowych konkursów, wieloletniego miłośnika Bacha. Sadzimy go za naszym, współczesnym fortepianem, dajemy losową partyturę należącą do mistrza i każemy grać. Bach wychodzi po minucie, trzaska drzwiami wykrzykując po drodze, że on takiego czegoś nie napisał. Skandal i upokorzenie. I nie byłaby to wina ani pianisty czy złej partytury. Wina leży po stronie naszego wygodnictwa i chęci podporządkowania sobie wszystkiego dookoła, w tym muzyki.

Ten akapit pisany jest dla osób nie zaznajomionych z muzyką od strony technicznej, jeśli będziesz się nudzić – przejdź do następnego. Każdy z nas zna przyśpiewkę do-re-mi-fa-sol-la-si-do. Jest to nic innego jak kolejne dźwięki gamy, zaczynając od dźwięku c, następnie otrzymujemy d-e-f-g-a-h-c i lepiej operować właśnie literami. W nauce harmonii, o której będziemy dziś dywagować, liczy się przede wszystkim współbrzmienie. Zestawienie od dwóch dźwięków w górę. Oczywiście, nie każde połączenie dźwięków da nam przyjemny dla ucha rezultat – spróbujcie choćby uderzyć losowe klawisze fortepianu jedocześnie i delektujcie się dźwiękiem. Dlatego rozróżniamy współbrzmienia konsonansowa (czyli dobre, miło brzmiące jak np c-g, czyli kwinta czysta) oraz dysonansowe (ostre, nieprzyjemne, jak f-h zwany trytonem)

W harmonii najważniejszymi i najczystszymi interwałami (czyli odległościami między dźwiękami) jest pryma (czyli ten sam dźwięk), oktawa (osiem stopni wyżej) oraz kwinta (piąty stopień gamy, zwany dominantą, bardzo ważny) oraz kwarta (czwarty stopnień, zwany subdominantą). Wszystkie te wymienione interwały należą do interwałów czystych, czyli takich, których częstotliwości tonów można opisać w prostych ułamkach, gdzie pryma to 1:1, oktawa 2:1, kwinta 3:2 oraz kwarta 4:3.

Gdyż wszystkie tony składowe obecne są przy wydobyciu dźwięków, gra na instrumencie wymaga, by dźwięki dzieliły te same zależności akustyczne. Zatem jeżeli pryma nie równa się 1:1, wówczas odbieramy dźwięk jako rozstrojony¹. Aby nie wchodzić w technikalia zbyt głęboko – potrzebowaliśmy strojenia. I wydawać mogłyby się to proste. Bierzemy wszystkie 12 dźwięków (osiem naszych podstawowych plus obniżenia/podwyższenia kilku z nich) i za pomocą stosunku kwintowego, jakim jest 3:2 tworzymy koło, które zamyka naszą sprawę. Tak powstało, znane wielu, koło kwintowe. Jest to jednak już produkt końcowy i nie widać w nim na pierwszy rzut oka błędu, jest on wręcz przemilczany i zatuszowany.

A ową nieścisłość zauważył już sam Pitagoras. Zauważył, że dwanaście czystych i akustycznych kwint nijak nie zamyka się w kole. Okazuje się bowiem, że mnożąc 12 kwint stosunków 3:2 i 7 oktaw 8:1 otrzymujemy odmienne wyniki, gdyż ostatnia kwinta wypada za daleko w stosunku do ostatniej oktawy, wyrzucając nasz dźwięk około 1/8 tonu za wysoko. Owa rozbieżność nazywana jest komatem.

Pomysłów na radzenie sobie z tym problemem było sporo. Próbowano rozłożyć komat na dwie trzy, cztery lub więcej kwint, próbowano odjąć każdej kwincie ćwierć komatu. Owe przykładowe zabiegi nazywano temperacją. Terminu temperacja używano od średniowiecza aż po czasy dzisiejsze jako synonimu słowa „strojenie”. W węższym znaczeniu oznacza ona jednak pomniejszanie lub powiększanie („temperowanie”) niektórych interwałów konieczne ze względu na prawa matematyki nie pozwalające na skonstruowanie bardziej skomplikowanych skal muzycznych wyłącznie w oparciu o interwały opierające się na prostych stosunkach liczbowych – pitagorejskie i naturalne.²

Koniec końców postanowiono na całkiem elegancką metodę jakim jest, powszechnie dziś znany, system równomiernie temperowany. Oznacza on podzielenie oktawy na dwanaście równych półtonów oraz temperując każdą kolejną kwintę o 12 część komatu. W ten sposób udało nam się domknąć koło kwintowe. Jednak nie ma czegoś takiego jak temperacja idealna. Za każdym razem musimy iść na jakiś kompromis, musimy podliczyć plusy i minusy. Odrzucenie tradycji i uznanie naszego rozwiązania jako słusznego kosztuje nas sporo.

W ten sposób otrzymaliśmy strojenie, które nie faworyzuje żadnej tonacji oraz pozwala na swobodne komponowanie w każdej z nich. Jednocześnie jednak dużo na tym straciliśmy. I choć tak naprawdę wielu ludzi nie słyszy różnicy pomiędzy interwałem temperowanym a czystym, gdyż ucho ludzkie nie do końca trzyma się matematyki (choć one i jego tajniki to fascynująca historia, lecz na inny czas), to jednak dla wielu muzyków oznacza to zubożenie i kradzież piękna z naturalnych interwałów – szczególnie dla muzyków, którzy obcują z instrumentami bezprogowymi jak skrzypce, gdzie można wydobyć każde pośrednie częstotliwości. Wszystko to oznacza, że nie da się idealnie nastroić fortepianu i prawdopodobnie nie będziemy mogli tego zrobić.  Czy obecne rozwiązanie jest odpowiednie czy nie można spierać się godzinami. Póki co musimy zaakceptować obecną sytuację i czasem tylko westchnąć nad parszywą naturą dźwięków.

I choć zdaje sobie sprawę, że moja podróż po tajnikach muzyki dopiero się rozpoczęła i tekst nie odkrywa dokładnie wszystkiego, to jednak chciałem, aby trochę więcej osób poznało te tajemnice. Dla zainteresowanych – odsyłam do bibliografii, która odsyła jeszcze dalej, w głąb tej mistyki.


Bibliografia:
¹Jak system równomiernie temperowany popsuł harmonię (i dlaczego powinno cię to obchodzić) - Ross W. Duffin
²Dawne temperacje. Podstawy akustyczne i praktyczne wykorzystanie - Marek Pilch, Marek Toporowski (s74)
Dlaczego nie da się nastroić pianina? - Jakub Pochrybniak (link)