O potworach, co nie zawsze połykają w całości Hilda - recenzja nowej animacji od Netflixa

Zjedź niżej

Druga połowa roku u Netflixa obfitowała we wszelkiego rodzaju animacje. Część z nich była mocno promowana, jak na przykład nowy sezon BoJacka, czy długo wyczekiwany projekt twórców Simpsonów Rozczarowani. Część z nich mimo bardzo przyzwoitego poziomu przeszła bez większego echa, jak Final Space i The Hollow. Dodano również wiele tytułów kierowanych strikte do dzieci. Jednym z tych ciszej zapowiadanych i teoretycznie skierowanym dla młodszych odbiorców jest Hilda. Hilda recenzja

Hilda jest kreskówką powstałą na podstawie komiksu Luke’a Pearsona i od razu podbiła moje serce. Śliczna, choć nieskomplikowana kreska, wspaniała ścieżka dźwiękowa przywodząca na myśl tą ze Stranger Things. Niesamowicie dobrze wykreowana zarówno główna bohaterka, jak i postaci drugoplanowe, sprawiają, że animacja jest szalenie ciepła i urocza.

Kiedy obejrzałam zapowiedź i zabrałam się do Hildy myślałam, że będę miała do czynienia z lekką kreskówką do śniadania, typowym „proceduralem” dla dzieciaków, w którym kolejne odcinki będą nowymi przygodami, a ewentualna linia fabularna będzie przewijać się daleko w tle. Jak bardzo się jednak pomyliłam.

hilda recenzja netflix

Serial rozgrywa się w świecie, w którym istnienie fantastycznych stworów jest na porządku dziennym. Widzimy całą gamę stworów; od górskich olbrzymów i niebezpiecznych trolli zaczynając, a na elfach kochających „papierkową robotę” kończąc. Główna bohaterka jest natomiast małą dziewczynką z wielkim sercem dla ich wszystkich. Sama nazywa się poszukiwaczką przygód i nie straszne jej żadne stworzenie, a wręcz w nawet najstraszniejszym potrafi odnaleźć coś dobrego. Tyle z uroczego wstępu, bo przygody Hildy i jej przyjaciół skautów – porządnickiej Fridy i strachliwego Davida, bywają czasami naprawdę mroczne.

Fabuła nie jest zwykłym tłem, jakby można było się spodziewać. W zasadzie poza główną linią fabularną występuje jeszcze kilka pomniejszych wątków. Część odcinków faktycznie na pierwszy rzut oka może się wydawać proceduralna, jednak całość prowadzona jest bardzo konsekwentnie. Pamiętacie „Hollywoo” z BoJacka, które już zostało od pierwszego sezonu? Chodzi mi właśnie o taki rodzaj konsekwencji. Co zdziwiło mnie w Hildzie i co wyróżnia ją na tle podobnych gatunkowo animacji jest brak postaci „comic reliefa”. Zazwyczaj w gronie głównego bohatera jest postać, której głównym zadaniem jest powiedzenie śmiesznego komentarza raz na jakiś czas i bycie sztampowym. Natomiast tutaj, śmieszny i rozładowujący napięcie tekst można usłyszeć z ust każdego z bohaterów i o żadnym z nich nie można powiedzieć, że jest stereotypowy. Cieszy mnie to, ponieważ uważam, że najwyższy czas pozbyć się typowych dla kreskówek naleciałości i pójść w nowym kierunku. Dodatkowym plusem jest też nadanie dalszoplanowym postaciom charakterystycznych cech, dzięki czemu aż chce się, aby pojawiły się znów w kolejnych odcinkach.

hilda recenzja netflix

Jeszcze jedną ważną techniczną sprawą w Hildzie jest dubbing. Polski zdążył nas już przyzwyczaić do wysokiego poziomu, czasem nawet lepszego niż w oryginale. W tym przypadku również nie ma nic do zarzucenia, jednak po porównaniu z oryginalnym nie byłam w stanie już dalej oglądać po polsku. W wersji angielskiej nie dość, że występuje piękny brytyjski akcent, to głosy są znacznie lepiej dopasowane do panującego klimatu. Nasz dubbing poszedł bardziej w stronę rozradowanych, piszczących dziecięcych głosów.

Przy widmie nieuchronnie nadchodzącej jesiennej pluchy umilanie sobie dnia kolorowymi kreskówkami wydaje się jednym z lepszych pomysłów na długie wieczory. Szczególnie, że Netflix nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa i następne tytuły zostały już zapowiedziane na kolejne miesiące. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że żyjemy w czasach rozkwitu animacji zarówno dla dorosłych, jak i dla młodszych widzów. Nic, tylko się cieszyć.