Dlaczego Przyjaciele to najlepszy sitcom jaki kiedykolwiek powstał

Zjedź niżej

<

Przez lata obrósł mianem kultu. Oglądany przez wiele pokoleń, miliony razy te same odcinki w kółko, a jednak nigdy się nie nudzi. Szóstka przyjaciół, dwa mieszkania i jedna kawiarnia. Czy naprawdę tyle wystarczyło, aby stworzyć sitcom idealny? Co sprawia, że serial Przyjaciele oglądany jest do dziś przez miliony? W tekście znajdziecie niewielkie spoilery.

Na wstępie – chcę zauważyć, że nie będziemy używać słowa serial jako ogół produkowanych treści telewizyjnych, a jedynie jako twór odcinkowy, gdyż stwierdzenie „Przyjaciele to najlepszy serial”, byłoby jeszcze bardziej kontrowersyjne. Zostajemy w kategorii sitcomu, czyli humoru sytuacyjnego, ograniczonej scenografii i śmiechem z widowni. Faktem jest, że Przyjaciele to twór niespotykany. Idealnie wpasowany w realia, przedstawiający życie nowojorskie w intrygującym świetle, pełnym humoru i zwrotów akcji.

Każdy bohater to najlepszy bohater

Szóstka stałych, niezmieniających się postaci przez 10 lat może wydawać się złym pomysłem. Jeśli jeden lub dwójka bohaterów nie przypadnie nam do gustu, oglądanie takiego show stanie się męczące. Dlatego warto docenić kreację, którą każdy z przyjaciół stworzył. Jest ona na wskroś przemyślana, delikatnie stereotypowa, jednak na tyle, ile była na to potrzeba. W ten sposób możemy wytworzyć sześć różnych charakterów, typów i zachowań, które są prawdziwe i naturalne. Kreuje to ciekawy koloryt, tak potrzebny maratonowym produkcjom. Na dodatek ich przemiany zachodzą bardzo stopniowo i prawdopodobnie. Nie ma pchania postaci przed szereg, nagłej ogromnej zmiany, która miałaby wprowadzić zamieszanie w fabułę. W ten sposób tworzony jest obraz zgranej paczki, która w prawdziwym życiu byłaby dokładnie taka sama.

Tworząc każdy charakter zadbano o  szczegóły, również w kwestii relacji z innymi bohaterami. W ten sposób większość osobowości istniejąca w rzeczywistości może znaleźć odwzorowanie w serial. Dlatego Ross jest typem naukowym, Joey uroczy, lecz głupkowaty, Chandler to niepewny żartowniś, Monica pedantyczna rywalizatorka, Rachel jest zagubioną kobietą szukającej szczęścia a Phoebe jest po prostu szurnięta. Dlatego też trudno jest wybrać najlepszego z Przyjaciół. Każdy ma w sobie coś ciekawego, coś co czyni go wyjątkowym, również na tle pozostałych. Może warto nie być w życiu Rossem czy Rachel, ale właśnie każdym z Przyjaciół po trochu.

Humor, który nie kruszy zębów

Wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek inne sitcomy obecne w dzisiejszej telewizji, aby zauważyć, że obecny tam humor posiada bardzo proste schematy i często opiera się na dość wąskich tematach. Teoria wielkiego podrywu to nieustająca kpina z nieudolności geeków i ich problemach w relacjach (oraz dziwactwa Sheldona), Dwóch i pół to głównie seks, alkohol i nieporadny brat, Jak poznałem waszą matkę to tak naprawdę zbiór anegdot nieustannie się powtarzających a taki Marlon wyśmiewa swoją czarność (może wydawać się jako coś innowacyjne i ciekawe, na dłuższą metę okazuje się męczące i zatraca swój pierwotny urok). Wyraźny typ humoru, który możemy kroić nożem i przekładać do innego odcinka niezauważonym. W Przyjaciołach jest nieco inaczej.

Tutaj, jasne, zdarzają się powtarzające klisze jak głupota Joeya czy pedantyczność Moniki. Jednak to tylko kropla w morzu całego humoru, gdyż ten najważniejszy w tego typu produkcjach, czyli sytuacyjny, stoi na najwyższym poziomie. Bardzo często też wynika z samych postaci i ich wad oraz zalet. Przez dziesięć sezonów twórcom udało się dawkować żarty w taki sposób, aby były cały czas świeże i innowacyjne. Żonglowali od niezręcznych wpadek, poprzez nieporozumienie po standardowe punchliney. Wszystko z wyczuciem, swobodą, niekiedy na skraju absurdu.

Mój osobisty ulubiony odcinek to The One with the Baby Shower gdzie połączono wszystkie największe zalety każdego z bohaterów i osadzono w środowisku sprzyjającym im do roztoczenia humoru. Nie dzieje w nim się za wiele. Z jednej strony przyjęcie z okazji przyszłych narodzin dziecka, z drugiej panowie trenują teleturniej w którym Joey ma być prowadzącym. Żadne z tych wydarzeń nie ma większego wpływu na dalsze losy bohaterów, gdyż Joey nie będzie prowadził owego teleturnieju, a Baby shower kończy się rozejściem wszystkich do domu. Niemniej jednak to jest tak istotne w produkcji sitcomu z setką odcinków – stworzyć coś nieznacznego, jedynie delikatnie doprawiając fabułę, a jednocześnie pozwolić sobie na szaleństwo. Niech humor będzie jedynym wykładnikiem, który się liczy. Rzucono nam sytuację, trochę abstrakcyjną, ale powiązaną ze wszystkim, co reprezentują bohaterowie i wypełniono ją pozytywną energią. Tego brak w wielu tego typu produkcjach. Twórcy często za bardzo skupiają się na kontynuowaniu, pchaniu narracji, przez co często sztucznie rozwlekają fabułę, niejako usprawiedliwiając ją żartami. Dla przykładu – Dwie spłukane dziewczyny potrafiły sprawić, iż każdy odcinek był istotny i potrzebny do zrozumienia całości. Ciężko było „wskoczyć” w środek akcji, aby nie odczuć wrażenia niespójności. Ma to oczywiście swoje zalety – satysfakcjonujący progres i sens oglądania. Jednak humor musiał niejako motywować wszelkie wydarzenia, przez co poziom nie zawsze był równy. Trzeba wiedzieć kiedy można sobie odpuścić i przemycić fakty pod płaszczem żartów, a nie odwrotnie.

To prowadzi nas również do kolejnej ważnej rzeczy – samej opowieści i progresji, którą widzimy na przestrzeni sezonów. Całe dziesięć to bardzo długa opowieść, która nigdy nie zbacza z zamierzonego kursu, jest przemyślana i dokładnie odmierzona. Choć może irytować ciągła gonitwa Rossa za Rachel i ich ciągłe przepychanki, zwłaszcza w środkowych sezonach, trzeba przyznać, że bez tej chemii, ciągłego odpychania i przyciągania Przyjaciele straciłoby trochę na swoim blasku. Ich niezdarne perypetie to wspaniały przykład jak wykorzystać oczywistość i dobrze ją poprowadzić, aby widza nie zmęczyć (czy Jak poznałem waszą matkę nas słyszy?). Wspaniałą decyzją było również połączenie ze sobą Chenldera z Monicą, przez co mogły pojawić się mnóstwo nowych tematów, od prostych problemów małżeńskich przez wewnętrzną i szalenie satysfakcjonującą przemianę Chendlera po kłopoty rodzicielskie. Znaliśmy każdą z postaci co pozwoliło na otworzenie ich na zupełnie nowe doświadczenia, które jeszcze lepiej moglibyśmy przeżywać. Największy zgrzyt zaistniał przy romansie Joeya i Rachel, który nawet przez samych grających uważany był za bardzo naciągany i niepotrzebny. Osobiście uważam tak samo, jednak całe szczęście szybko pozbyto się tego wątku.

I’ll be there for you

I ta niesamowita chemia między aktorami, która zdarza się niesamowicie rzadko. Widać, że lubią swoje postacie i siebie nawzajem. Są swobodni w swoich kwestiach, naturalni i prości. Romans Rachel i Rossa, pomimo trochę rozciągnięcia, cały czas napędzał tory serialu. Iskrzyło, dymiło z każdej sekundy serialu. I to ludzie doceniają, tego oczekują od serii, która ma angażować na długie lata. Dlatego tzw. reapeat value ma na bardzo wysokim poziomie. Cały czas można odkrywać nowe żarty i wątki, a przez uniwersalne tematy i indywidualne postacie staje się serialem idealnym na wiele, wiele lat. Dlatego gdy następnym razem zobaczycie kolejny ten sam odcinek Przyjaciół na Comedy Central nie warto się krzywić, a raczej dać się porwać po raz kolejny w świat sześciu kochających się przyjaciół.

Mała ciekawostka dla fanów. Wszyscy w Polsce znają wersję z lektorem od TVN oraz Comedy Central. Jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę, iż kilka sezonów byłem dubbingowane przez samo Canal +. Zrezygnowano jednak z tego z czasem. Jeśli zastanawiacie się dlaczego – polecam obejrzeć poniższy fragment.