W poszukiwaniu utraconej logiki i sensu Recenzja Death Note - oryginalnej produkcji Netflixa

Zjedź niżej

Co się stanie kiedy weźmie się trzech scenarzystów ze średnią oceną na Filmwebie oscylującą w granicach 3.0 oraz reżysera względnie udanych horrorów? Dodając do tego wysoki budżet dostaniemy trudną do przełknięcia dla fanów oraz niezbyt zrozumiałą dla niezaznajomionych z serią, adaptację, kultowej już mangi i anime. Ten tekst oznaczam wielkim spoilerem, ponieważ bez nich nie można rzetelnie zrecenzować tego teatru absurdów, który serwuje nam Netflix.

Obok Lighta Turnera, gnębionego przez kolegów, genialnego licealisty z niską samooceną, potrzebą akceptacji i swego rodzaju poczuciem sprawiedliwości, upada tajemniczy zeszyt opatrzony nazwą Notatnik Śmierci. Niebawem chłopak dowiaduje się od boga śmierci – Ryuka, że po wpisaniu imienia i nazwiska konkretnej osoby do zeszytu, ta osoba umiera. Pierwszym, dość przypadkowym, celem naszego bohatera jest naczelny szkolny wandal. Genialna okazja na przestawienie walki z samym sobą i poczuciem sprawiedliwości. Nic takiego się nie dzieje. Chłopak wpisuje imię i nazwisko, wandal umiera, koniec. Żadnych emocji, ani większego zaskoczenia, a już na pewno żadnych wyrzutów sumienia.

Psychopata. To pierwsze co wpada do głowy. Jednak bardzo szybko zostajemy wyprowadzeni z błędu, ponieważ Light nagle ma motywację. Okazuje się, że jego matka zginęła, a człowiek, który był za to odpowiedzialny, został uniewinniony. Jak nietrudno się domyślić, winny szybko zostaje w ramach zemsty zabity. Koniec motywacji głównego bohatera.

Light jest nierozważny, nieroztropny i łatwo sterowany. Pragnąc zwrócić uwage jednej z cheerleaderek – Mii Sutton pokazuje jej notatnik. Całkowicie zdominowany przez Miię, która oczywiście od razu staje się jego dziewczyną, popełnia błąd za błędem, aż w końcu jako „Kira” zostaje poszukiwany w charakterze mordercy. Jakie zdziwienie przeżywa, kiedy dowiaduje się, że za zabijanie ludzi idzie się do więzienia.

Death Note recenzja

Do akcji wkracza równie genialny detektyw „L”, absolwent szkoły wychowującej dzieci na super-detektywów, który nie tylko bezbłędnie określa, gdzie jest morderca, ale nawet wskazuje na Lighta. Jak zapytacie? Dostajemy kilka argumentów, ale żaden nie ma większego sensu. Nielogiczne jest ponad wszystko słowem kluczem określające kolejne akcje podejmowane zarówno przez „L” jak i przez Lighta i Miię do końca filmu.

To jest naprawdę niesamowite, że mając tak nieprzeciętny materiał źródłowy, jakim jest oryginał, można stworzyć tak bardzo nieprzemyślany, płytki i pozbawiony logiki scenariusz. W pewnym momencie sami scenarzyści nie wiedzieli co robią. Dowodem jest scena, w której Mia wyjaśnia pewną serię zabójstw, w której wydarzenia przez nią opisywane były w zupełnie innej kolejności, niż w rzeczywistości. Jedynym dla mnie wytłumaczeniem byłoby pojawienie się Doktora Who, który zmanipulował czasem, tak, aby Mii się udało. Moim zdaniem, to co w tym momencie zaprezentowała nam ekipa Adama Wingarda to śmianie się w twarz widzom i założenie, że są po prostu bezmyślnymi idiotami, którzy uwierzą w każdą rzecz przedstawioną z odpowiednio dobraną, poważnie brzmiącą muzyką.

Całym clue, zarówno pierwowzoru jak i filmu, jest pościg kotka za myszką, gry dwóch wielkich umysłów, w której obaj mają siebie nawzajem w szachu. Tutaj nie mamy ani jednego ani drugiego. O wielkich umysłach już nie wspomnę. Musimy twórcą wierzyć na słowo, że Light jest super błyskotliwy i nadzwyczajnie inteligentny, gdyż nie dostaniemy w trakcie filmu żadnego potwierdzenia. To samo tyczy się postaci „L”.

Death Note recenzja

Wszystkie ciekawe wydarzania dzieją są poza kadrem, a widz dostaje jedynie słowne streszczenia. Dlatego zamiast scen z dedukującym „L” lub ojcem Lighta prowadzącym dochodzenie z agentami FBI, dostajemy nic nie wnoszące sceny siedzenia na lekcji i wymieniania się spojrzeniami Lighta z Miią. O ile ciekawiej i z mniejszą dozą dezorientacji odbierałoby się ten film, gdyby zamiast ekspozycyjnych dialogów, tego co się w między czasie wydarzyło, pokazano nam choćby krótkie montaże, w których coś istotnego dla fabuły się faktycznie dzieje.

Z trójki przedstawianej jako główni bohaterowie, tj. Lighta, Mii i „L”, najlepiej zarysowane są postacie właśnie detektywa i cheerleaderki. Cechy „L” takie jak przygarbiona postawa, ciągły brak snu i objadanie się słodyczami oraz wyjątkowo ekscentryczny sposób siedzenia zostały przerysowane jeden do jednego z oryginału i prawdopodobnie tylko to uratowało tą postać od nijakości. Natomiast Mia od samego początku była przedstawiana jako rasowa psychopatka. Zabijanie cieszyło ją tak samo jak manipulowanie swoim chłopakiem, a film postanawia ciągle nam o tym przypominać.

Mimo wszystkich niedorzeczności, którymi karmią nas scenarzyści, sam film ogląda się przyjemnie. Duszność i ciężką atmosferę przełamują różnorodne kadry i swobodne przejścia między scenami, często okraszone neonami. Muzyka spełnia swoje zdanie, czyli nie jest irytująco nachalna, a wystarczająco podkreśla bieżące wydarzenia. Poza utworem wybranym do scen kulminacyjnych, bo tutaj coś ewidentnie poszło nie tak. Uśmiechem w stronę fanów serii jest natomiast wykorzystanie fragmentów soundtracku z anime. CGI również nie można niczego zarzucić, bowiem dwie najlepsze sceny w tej produkcji to sceny spadania. Niestety w napisach końcowych pojawiają się bloopersy (co w z założenia mrocznym i poważnym filmie nie jest szczególnie dobrym pomysłem), w których widać w jaki sposób są kręcone, co można odebrać im trochę czaru.

Postać Ryuka też nie może przejść bez echa, ponieważ jest nie tylko świetnie wykreowana komputerowo, ale jest również najciekawiej napisana. Pomimo jego obecności w zaledwie kilku scenach Notatnik Śmierci warto oglądać głównie dla niego. Choć oryginalnie Ryuk był comic reliefem, tak tu wprowadza on elementy horroru i tego, czego najbardziej brakuje tej produkcji – tajemniczości. I właśnie dlatego, że jest tak fantastycznie zrobiony, tak boli niewystarczające wykorzystanie go jako bardziej znaczącej części fabuły.

Death Note recenzja

Nie będę nikogo zachęcać ani zniechęcać do oglądania Notatnika. Dobrze wiem, że dla fanów oryginału, czy tego chcą czy nie, jest to pozycja obowiązkowa i nie odwiodą ich od niego nawet niepochlebne recenzje.  Natomiast osoby, które nigdy nie miały do czynienia z serią mogą potraktować ten film jako zabawny sposób trening umysłu i grę w znajdowanie nonsensów.

Niestety Death Note nie ma szczęścia do adaptacji, zarówno japoński film jak i próba przeniesienia go na deski teatru nie sprawdziły się, a produkcja Netflixa tylko to potwierdza. Jednak zamiast złorzeczyć twórcom adaptacji i współczuć autorom oryginału polecam sięgnąć do 12 tomów mangi lub 37 odcinków anime, od których oderwanie się jest fizycznie niemożliwe, a które gwarantuje – uleczą duszę po porażce filmu.