Dlaczego wszyscy pokochali Cupheada? Wspaniała historia prawdziwej miłości do gier

Zjedź niżej

Siedem lat rysowania, projektowania, tworzenia. I nareszcie jest. Szalenie oryginalna produkcja, która uderza w czułe punkty każdego fana starych kreskówek. Cuphead nie bierze jeńców i powoli wchłania w swój fascynujący świat. Sukces jest raczej bezsprzeczny, 125 tysięcy nabywców tylko na Steamie oraz 88 punktów na Metacritic to znakomity start. Jednak co ta naprawdę sprawiło, że Cuphead został pokochany przez tysiące graczy?

Oldschoolowe i prawdziwe

W świecie gotowych rozwiązań, gdzie wystarczy tylko kliknąć, podążać za kropką na mapie, a Ubisoft wprowadza tryb przygodowy do swoich produkcji, Cuphead jest powrotem do czasów, gdzie nie było taryfy ulgowej. Gdzie porażka, owszem, bolała mocno, ale zwycięstwo okazywało się najsłodszym z dań. Aby ukończyć grę na 100% należy dołożyć nie lada wysiłku i czasu. I to ludziom się podoba. Obecnie gracze bardzo często muszą szukać sobie wyzwań, gdyż sama gra im tego nie dostarcza. Tutaj Cuphead wychodzi naprzeciw wszystkim fanom staroszkolej rozgrywki, która była wymagająca, ale sprawiedliwa i satysfakcjonująca. Szkoda, że dobre pierwsze ważenie mąci problem z zapisem gry w wersji ze sklepu Microsoftu. Oby jednak nie trwało to długo.

Cuphead

Na dodatek sam gatunek gry jest obecnie niespotykany. Zręcznościowa platformówka, w której głównym daniem nie jest pokonywanie kolejnych poziomów poprzez wieczne skakanie z miejsca na miejsce, a skupienie się na walkach z przeciwnikami, który pełnią rolę pełnoprawnych bosów. Iście odświeżające i interesujące.

Styl, który przywołuje wspomnienia

Wspaniały i magiczny styl przywołuje miliony ciepłych wspomnień, gdy jako dziecko wielu z nas zasiadało za blisko telewizora i wpatrywało się w ten przepiękny, rysowany świat. Na tym polu Cuphead wychodzi przed szereg w produkcji grafiki – każdy element jest ręcznie rysowany i kolorowany. Animując to taką samą, skrupulatną techniką, co ​zespoły animatorów Disneya w latach trzydziestych. Wszechobecne szarpnięcia kaset widoczne na ekranie wbrew pozorom wcale nie przeszkadzają, a wręcz wydają się naturalną i potrzebną mechaniką, potęgując wrażenie autentyczności.

Wystarczy na chwilę zatrzymać się (choć szybka rozgrywka na to nie pozwala), aby móc zachwycić się szczegółami i ogólnym pięknem każdej z plansz. Postacie są barwnie pomysłowe oraz wykonane z przywiązaniem do szczegółów. Osobiście najbardziej urzekły mnie tła, które tętnią naturalnym życiem. Niejednokrotnie zatrzymywałem się, ginąc raz po razie, tylko po to, aby obejrzeć każdy kawałek tła. Czy to tancerki w barze czy niebieskie niebo. Każda postać żyje indywidualnie i ma, nawet najmniejszy, cień charakteru. Drugi plan jest niczym kolejna porcja naszej ulubionej kreskówki. W każdym pikselu na naszym ekranie czuć ludzkie poświęcenie i pasje. To gracze zauważają i doceniają. Wstrzymał bym się również z zakupem gry dla najmłodszych i nie chodzi o wygórowany poziom trudności. Przez nasz ekran przewijają się używki jak papierosy, alkohol czy hazard.

Nie należy jednak zapominać o muzyce. Ta iście perfekcyjnie przywołuje klimat tamtych lat, swoim jazzowym, ciepłym brzmieniem. Granie w Cupheada z wyłączonymi głośnikami prawdopodobnie jest ósmym grzechem głównym. Nie sposób się zakochać, co pomaga, szczególnie, gdy po raz kolejny musimy wysłuchiwać ten sam utwór.

Cuphead – Bohater jakiego potrzebujemy

Sam Cuphead (i jego brat – Mughead) są dość niezwykłymi, jak na nasze czasy, personami. Wygląda niczym wyciągnięty z psychodelicznego snu malarza. Jego geneza jest jednak inna. W latach 30, a dokładnie w 1936 roku, powstała japońska propagandowa animacja, w której złe Myszki Mickey atakują wesołą japońską wyspę. Pojawia się w nim postać z kubkiem zamiast głowy, który zmienia się w czołg, pomagając w odparciu ataków złych Amerykan. Oto pradziadek naszego Cupheada.

Cuphead

Nie jest pretensjonalny ani niepotrzebnie heroizowany. Nasi dwaj bracia to proste chłopaki, które przez chwilowe uzależnienie od hazardu podpadli diabłu i teraz muszą wykonywać dla niego zlecone zadania. Nic poza tym. Bardzo dobrze, że twórcy nie silili się na wielkie historie. Ten prosty i przyjemny pretekst jest zupełnie wystarczający i wpisuje się w konwencje swojego gatunku-matki.

A to wszystko dzięki braciom, którzy zawzięli się i postanowili zrobić grę o jakiej marzyli. Bez kompromisów i pójścia na skróty. Być może choć trochę odmieni to obraz branży, a ktoś zauważy, że gry mogą być pełnoprawną formą sztuki. Oby więcej takich ludzi jak Chad i Jared Moldenhauer, bo bez nich przyszłość może okazać się smutna.