Foo Fighters powraca na salony Recenzja albumu Foo Fighters - Concrete and Gold

Zjedź niżej

Pełne stadiony, festiwale, koncerty w największych klubach na całym świecie – od połowy lat 90-tych Foo Fighters urośli do jednej z największych grup rockowych naszych czasów. Po ponad dwudziestoletniej karierze twórczość grupy nadal się rozwija, a ich najnowsza płyta – Concrete and Gold – jest tego najlepszym dowodem.

Każdy, kogo choć w najmniejszym stopniu obchodziła muzyka ostatniej dekady, na pewno słyszał Best of You, Everlong czy choćby The Pretender. Tego Foo Fighters odmówić nie można – jako jedni z nielicznych potrafią uderzyć w mainstream takim rockowym przebojem, którego popularności nie przebił od dawna nikt. Ale w dorobku amerykańskiej grupy, mimo wspomnianych ogromnych koncertów (te potrafią trwać nawet ponad trzy godziny) i osiągających niezwykła popularność hitów, cały czas czegoś brakuje. Nawet sami członkowie zespołu zwracają na to uwagę – FF nigdy nie mieli okupującego listy przebojów albumu. Nie mieli swojego Sierżanta Peppera nie mieli Pet Sounds, nie mieli swojego Dark Side of the Moon. I można odnieść wrażenie, że mniej więcej od Wasting Light starają się to zmienić.

Pierwszą poważną, choć może i przypadkową, próbą było Sonic Highways. Dlaczego przypadkową? Bo w tym projekcie liczył się przede wszystkim materiał dokumentalny, który Dave Grohl tworzył o najważniejszych, jego zdaniem, studiach nagraniowych w całej Ameryce. Piosenki na płytę powstawały równolegle – tak, aby współgrać z tym, co można było zobaczyć w danym odcinku (skądinąd świetnego) serialu HBO. Mimo wszystko przy okazji wyszedł z tego całkiem porządny album koncepcyjny. Nie przyniósł on jednak Foo Fighters upragnionych milionów sprzedanych kopii.

Wymieniając przykłady rekordowych płyt z pierwszych miejsc list przebojów nie bez powodu sięgnąłem po The Beatles, Beach Boys i Pink Floyd. Bo oprócz zapisania się złotymi literami na kartach historii muzyki, to także najbardziej dominujące wpływy na Concrete and Gold pod kątem samego brzmienia. Delikatne dźwięki i subtelny głos w stylu Lennona McCartneya potrafią wybuchnąć gitarami jak In the Flesh czy Comfortably Numb, a harmonii wokalnych jest tyle, że nawet sam Brian Wilson by się ich nie doliczył.

Te dłuższe, powoli rozkręcające się, utwory wychodzą zespołowi zresztą całkiem nieźle i potrafią zapaść w pamięć zupełnie niespodziewanymi elementami. Mam wrażenie, że refren z The Sky is a Neighborhood (gościnnie Alison Mosshart z The Kills i The Dead Weather) mógłbym wykrzykiwać podczas koncertu na stadionie w nieskończoność. Zmysłowe, kobiece wokale z Dirty Water są w zasadzie jak całkiem samodzielny instrument. A z kolei Sunday Rain (tak, w tym, gdzie za perkusją zasiadł sam Paul McCartney) kończy jakby wyrwana z zupełnie innego świata… frywolna etiuda na pianino. Nie wspominając o tytułowym utworze, który brzmi jak wyrwany prosto z najlepszych płyt Pink Floyd, tyle, że podkręcony do granic możliwości. Niektóre utwory na tej płycie naprawdę nie pozwalają się nudzić.

Nie brakuje tu jednak też typowego rocka, do którego zdążyło nas przyzwyczaić Foo Fighters. Run, The Line czy La Dee Da to właśnie takie kawałki. Eksplozja energii, chwytliwe melodie i mnóstwo, mnóstwo ciężkich gitar. Concrete and Gold to zresztą chyba najbardziej skupiony na tych instrumentach album zespołu – riffy i solówki uderzają z każdej możliwej strony, uderzając głośniej i mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Często można odnieść wrażenie, że dzieje się to kosztem wokalu. Ten w dużej mierze jest na płycie bardziej tłem niż główną osią muzyczną.

Jeśli już przy wokalach jesteśmy – choć Dave nadal potrafi nieźle ryknąć z otchłani gardzieli, to niestety warstwa tekstowa na albumie jest raczej słaba. FF co prawda nigdy nie słynęli z poetyckich uniesień (choć zdarzały się perełki), ale tutaj tej prostoty jest za dużo. Czasem zakrawa to wręcz o grafomanię. Na płycie znalazły się też niestety zapychacze. Osobiście mógłbym się obyć bez kompletnie nijakiego Arrows i następującego zaraz po nim Happy Ever After (Zero Hour). Początkowo w tych kategoriach myślałem też o Make It Right, ale z czasem trochę połamany rytm i ponadprzeciętnie skonstruowane chórki (tutaj z kolei gościnnie Justin Timberlake) trochę mnie do siebie przekonały.

Mimo wyczuwalnie szczerych chęci nie jest niestety album, który szturmem wejdzie na listy przebojów. Za dużo tu chaosu i za mało melodii, za wiele pomysłów i zbyt mało konkretu. Ta płyta ma jednak coś innego – kilka naprawdę dobrych singli i świeżego ducha. Czuć, że zespół obrał tym albumem nowy kierunek i wychodzi poza swoją strefę komfortu. Nie do końca jeszcze dotarli tam, gdzie chcieli, ale już nie mogę się doczekać kiedy nareszcie im się to uda.