Castle Rock – czyli Stephen King opowiedziany na nowo Opinia w połowie sezonu

Zjedź niżej



Na wstępie muszę przyznać, że J.J. Abrams jeszcze chyba nigdy mnie w życiu nie zawiódł. Dlatego pełna optymizmu i entuzjazmu podeszłam do jego nowej produkcji realizowanej dla platformy „Hulu”, nad którą pieczę sprawował sam mistrz grozy we własnej osobie – Stephen King. I wydawać by się pozornie mogło, że „Castle Rock” to murowany sukces, praktycznie od samego początku, ale czy faktycznie jest tak w rzeczywistości? Castle Rock – Recenzja w połowie serialu.

Większość osób uwielbia historie z dreszczykiem, które potrafią nie tylko wywrócić wnętrzności do góry nogami, ale także cały otaczający świat, gdzie po seansie trzeba zasypiać przy zapalonym świetle. Nie należy jednak zapominać, że bardzo trudno jest coś takiego stworzyć. Wymaga to bez wątpienia talentu, staranności, umiejętności, a co najważniejsze – odrobiny szczęścia. Dlatego w kontekście serialu, Stephen King wydaje się być najbardziej odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, o ile tylko nikt nie pozwoli mu pisać scenariusza czy, strzeżcie się niebiosa, reżyserować.

Dlatego niezmiernie cieszy, że Castle Rock to tylko pozornie produkcja mistrza grozy. Istotne jest bowiem, że mamy do czynienia (a przynajmniej tak mi się wydawało) z tworem, który jest przystępny nie tylko dla fanów, ale i osób, które – podobnie jak ja – nie do końca były wtajemniczonego w całe uniwersum książkowe. Oczywiście złośliwi wiedzą, że jeżeli jakieś miasto pojawia się w powieści Kinga, to na pewno będzie umiejscowione w stanie Maine. W tym przypadku mamy do czynienia z tytułowym miasteczkiem, które nie do końca jest typowym normalnym miejscem, gdyż jakaś niewytłumaczalna siła wydaje się znajdować pod powierzchnią i czyha na niczego nieświadomych mieszkańców.

Fabuła koncentruje się na Henrym Deaverze, który po tragicznych wydarzeniach z dzieciństwa powraca do rodzinnego miasteczka, by zająć się sprawą tajemniczego człowieka, który zostaje znaleziony w zamkniętym skrzydle więzienia Shawshank, po nietypowej śmierci naczelnika. Pozornie prosta historia jest jednak przedstawiona w sposób klimatyczny i wielowarstwowy, z elementami nadprzyrodzonymi, co daje obietnicę na ciekawe wątki. Na chwilę obecną mamy jednak do czynienia z typowymi bohaterami, muszącymi zmagać się z demonami, w świecie, gdzie nawet dobre wybory okazują się mieć niepokojące konsekwencje.

Twórcom serii udało zebrać się bardzo obiecującą obsadę, która nie raz nie dwa pokazała, że potrafi grać, niemniej jednak po pięciu odcinkach stwierdzam, że po raz kolejny dostajemy zachowawcze występy, które można wyłącznie określić mianem poprawnych. Większość bohaterów pierwszoplanowych jest niesamowicie irytująca, a ciekawe postacie drugoplanowe są w ogóle nie wykorzystywane. Mówię przede wszystkim o Sissy Spacek oraz fenomenalnym Billu Skarsgardzie, któremu nie dano praktycznie nic do zagrania, poza tym, że patrzy się na widza swoim niepokojącym wzrokiem.

Największą słabością serialu jest fakt, iż sam nie wie, czym do końca chce być. Mamy bowiem klimat rodem z Miasteczka Twin Peaks, ale twórcy nic z tym nie robią. Niby pojawiają się elementy horroru, ale nie jest to na tyle wystarczające, by przekonać osoby, które z twórczością Kinga nie mają nic wspólnego. Pojawia się pewnego rodzaju dysonans. Serial, kiedy koncentruje się na byciu ciekawą historią, jest nie tylko inteligentny, ale również cholernie zabawny. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, iż ma ona zadatki na bycie produkcją wybitną. Kiedy jednak skupia się na bezpośrednich nawiązaniach do książek i innych produkcji mistrza grozy, popada w totalny banał. Dlatego osoby, które podobnie jak ja nie są ultra fanami uniwersum Kinga, mogą poczuć się zmęczeni tą huśtawką prowadzącą donikąd. Świetnym przykładem jest wprowadzenie postaci Jackie, która nachwilę obecną wydaje się być ciekawą bohaterką, o której nie wiemy zbyt wiele, kiedy jednak dowiadujemy się, że jej nazwisko to „Torrace” widz nie za bardzo wie, co z tą informacją zrobić. Czy to wyłącznie fan-serwis czy może kryje się za tym coś więcej? Zdaniem niektórych tego typu zabiegi są urocze, ale w moim przeświadczeniu o Królu można powiedzieć wiele, ale nie to, że rzeczywistość przez niego kreowana jest urocza.

Moim zdaniem, mamy do czynienia z historią, która na chwilę obecną przejawia niewykorzystany potencjał. Niemniej jednak widziałam dopiero 5 odcinków i mam nadzieje, że w dalszych epizodach twórcy mniej będą się koncentrowali na zadowoleniu wszystkich i bardziej skupią się na sprawach, które niejako mają za zadanie sabotować umysł widza. Castle Rock może być genialnym seriale, ale obecnie nie wiem za bardzo czym chce być. Miejmy nadzieje, że kolejne tygodnie przyniosą pożądane zmiany i zwrot o 180 stopni, bo szkoda jest zmarnować okazję do opowiedzenia nieszablonowej historii.