BoJack Horseman odwrócił się od swoich korzeni zanurzając się w pustkę Recenzja 4. sezonu BoJack Horseman

Zjedź niżej

Kiedyś ulubiony koń całej Ameryki, legenda komedii i najlepszy towar w mieście. Dziś podstarzała chabeta z wydatnym brzuszkiem, skłonnością do używek i autodestrukcji. Przez trzy sezony BoJack utrzymywał nas w przekonaniu, że jego życie to szalony Rollercoster pełny niespodziewanego i fascynującego, gdzie każdy kolejny odcinek okazywał się coraz ciekawszym spojrzeniem na rzeczywistość. Humor, intrygujące postacie i dramat dawkowane nam były w idealnych proporcjach. Ale tamtego konia już nie ma. Oto BoJack Horseman recenzja 4. sezonu.

Tłumaczenie uniwersum przy recenzji 4. sezonu serialu mija się trochę z celem, jednak z obowiązku wspominam. Animowana seria oryginalna Netflixa BoJack Horseman to opowieść o świecie, gdzie zwierzęta przestawione są w sposób humanoidalny, będąc pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. Tu poznajemy naszego tytułowego bohatera – BoJack jest koniem, aktorem. Znany przede wszystkim ze popularnego sitcomu Rozbrykani (na naszą rzeczywistość najbliżej temu chyba do Pełna chata). Jest jednak kilkanaście lat później, a nasz konik musi radzić sobie z kryzysem egzystencjalnym, rozterkami miłosnymi oraz resztą problemów, z którymi radzić musi sobie gwiazdor w Hollywoo (D odpadło).

Przez poprzednie trzy sezony z tyłu głowy kołatała mi myśl, że ten serial to Californication, tylko z fauną. Nigdy jednak nie chciałem mówić tego głośno, gdyż seriale różniły się znacznie sensem i celem, jednak sezon czwarty pachnie tak mocno Hankiem Moodym, że czasem robi się niedobrze. Szczególnie po wrzuceniu do serialu zagonionego dziecka. Do tej pory każdy odcinek był szalony, zaskakujący, pełen świetnego humoru, który okraszał historię staczającego się na dno, aktora. Przechodziliśmy przez kolejne lata BoJacka widząc jak on i jego otoczenie się zmienia, jednak za każdym razem raczeni byliśmy żartem czy kolejnym gagiem. I ta słodko – gorzka pigułka, którą otrzymywaliśmy w poprzednich sezonach, była wspaniała. Dramat zmieszany z humorem. Nowy sezon to raczej dramat z dodatkiem smutku.

Czwarty sezon nie ma niczego z poprzedników. Praktycznie brak jest szaleństwa czy groteskowości, którą tak kochałem w tym serialu, a jeśli pojawia się, to jest niemal wepchnięta, wymuszona i nieciekawa. Nawet tak charyzmatyczne postacie jak Peanutbutter czy Todd zostają niesamowicie brutalnie przyspawani do przykrej rzeczywistości, odbierając im, a zwłaszcza Peanutbutterowi, przysłowiowe jaja. Naszego uroczego psa jest mi żal najbardziej. Scenarzyści wsadzają go w oczywiste nawiązanie Trump kontra Clinton, pokazując jego start na urząd gubernatora Kalifornii. Jawnie podcinają mu skrzydła dla nudnego i oklepanego żartu, który, szczególne Europejczyków, nie będzie śmieszył.

Właściwie każda postać, tylko ze względu na chęć pogłębienia i ukazania ich przemian, została humorystycznie skastrowana. Zaczynając od BoJacka, który chyba całkowicie zatracił poczucie humoru po rocznej przerwie, przechodząc na bucowatą i nudną Diane po Todda – już-tylko-dziwaka-i-debila-bez-zabawnego-zacięcia, kończąc. Rozumiem, że planowano stworzyć coś więcej, niż tylko durną bajkę o koniu, który nadużywa alkoholu i sypia z każdym. Jednak wpadanie w sidła melancholii i użalania się nie jest również wspaniałym pomysłem.

Skupienie się na nowo poznanej córce BoJacka i matce sprawiło, że całe życie konia toczyło się wokół nich. O ile matka wykreowana została bogato (choć niepotrzebnie nazbyt dramatycznie), o tyle Hollyhock to smutna i typowa nastolatka, nie wyróżniająca się zupełnie niczym. Jej pierwotne zadanie „wyciągnięcia z BoJacka dobra” wydaje się wykonywać bardzo dobrze bez niej. Jak dla mnie okropna postać, oby nie wróciła, choć o tym mogę tylko marzyć. Mógłbym pisać o postaciach jeszcze bardzo długo, lecz nie ma to sensu. Warto jeszcze tylko nadmienić postać Diane, która straciła pazur okropnie, zmieniając swój styl z cool niezależnej dziennikarki na płaczącą sikse z problemem małżeńskim.

Co do każdej innej kwestii – jest bardzo dobrze. Ponownie polski dubbing okazał się znakomity, moim skromnym zdaniem – nawet lepszym niż oryginał. Styl nadal jest z półki „kochasz albo nienawidzisz”, więc jeśli nie spodobało ci się do teraz, ten sezon nic nie zmieni. Całe szczęście, że nie sposób narzekać na jakość produkcyjną serii.

Boję się jednak następnego sezonu. Jeśli serial ma zamiar nadal podążać w swoim, jakże ciężko refleksyjnym, kierunku, jedynie ze czasem majaczącym humorem, to ja zastanawiam się nad wysiadką z tego pociągu. Nie chciałem tego przyznać aż do końca pisania tej recenzji, ale zawiodłem się. BoJack był jednym z moich pierwszych odkryć, gdy 2 lata temu poznawałem Netflix i był niejako perełką pośród nudy. Ta perła teraz nieco wyblakła. Mimo wszystko poczekam na kolejne podejście. Oby było warto.