Kino nieskrępowanego umysłu według Edgara Wrighta Baby Driver zostaje hitem wakacji

Zjedź niżej

Baby żyje dla dwóch rzeczy: muzyki i samochodów. Jako piekielnie utalentowany kierowca pracuje dla mafijnego bossa, który wykorzystuje jego umiejętności przy planowaniu kolejnych napadów. Gdy Baby poznaje dziewczynę swoich marzeń postanawia zerwać z kryminalną przeszłością i zacząć żyć zgodnie z prawem. Zmuszony przez swojego dawnego szefa do ostatniego skoku, zaryzykuje utratę wszystkiego co kocha: miłości, muzyki i wolności.

Brytyjczyk o wyjątkowo ciętym poczuciu humoru, kinofil zakochany w kinie gatunkowym – Edgar Wright to prawdziwy nerd współczesnej kinematografii. Mimo że jego poprzednie filmy spotykały się z dużym uznaniem wśród widzów, w niektórych przypadkach ciesząc się wręcz statusem dzieł kultowych, to jednak nie zapewniły młodemu reżyserowi upragnionego miejsca na świeczniku. Wright przez kolejne lata kariery pozostawał więc tylko kolejnym fajnym reżyserem zabawnych filmów, którego nikt do końca nie traktował na serio. Znajdując się zawsze gdzieś na obrzeżach kina głównego nurtu, Wright nie zrezygnował jednak z walki o wkupienie się w łaski szerokiej publiki dzięki własnemu, unikalnemu stylowi. Efektem tych zmagań jest właśnie Baby Driver – film, który nie tylko znakomicie się sprzeda, ale i połechcze wysublimowane gusta czepialskich krytyków.

Przyglądając się wynikom box-office widać, że sentymentalna podróż w rytmie funku i rock&rolla, okazała się strzałem w dziesiątkę. Kolejny raz udowodniono, że retromania niepodzielnie rządzi współczesnym kinem, sprzedając znudzonym widzom wspomnienia, marzenia i mniejsze bądź większe tęsknoty za mitycznym „kiedyś” i czasem kiedy ukochane filmy czy piosenki oglądało i słyszało się po raz pierwszy.

Baby Driver jest dzięki temu najbardziej uniwersalną historią, na koncie brytyjskiego twórcy. Wright czerpie pełnymi garściami z dokonań kina samochodowego czy heist movies, podsycając całość wdzięcznym humorem i znakomitym (oscarowym!) montażem. Muzyka odgrywa przy tym niebagatelną rolę. Nadaje rytm życiu głównego bohatera i całemu filmowi jako takiemu. Reżyser posługuje się nią z wirtuozerską precyzją, czyniąc jedną z głównych bohaterek filmu. Nie mniej od muzyki ceni swoich filmowych mistrzów, którym składa hołd, wplatając do historii głównego bohatera mnóstwo subtelnych odniesień, aluzji i odwołań, nie tracąc przy tym nic ze swojego unikatowego stylu. Muzyczne cytaty, mieszają się non stop z filmowymi, czyniąc z Baby Driver fantastyczną gratkę dla miłośników postmodernistycznych zagrywek. W parzonej kawie czuć zapach pewnego tajemniczego miasteczka, a grupa fajtłapowatych przestępców, wygląda jak paczka dobrych kumpli, których kojarzymy z niejednego filmu. O ile „Scott Pilgrim kontra świat” był typową nerdowską zajawką, a „Hot Fuzz” czy wcześniejszy „Wysyp żywych trupów” – prezentem dla miłośników bezczelnego brytyjskiego humoru, o tyle Baby Driver jest jak powrót na stare śmieci, do kina, które wszyscy kochamy.

Świetnie rozpisane role trafiły w ręce bardzo dobrze dysponowanych aktorów. Ansel Elgort otrzymawszy po raz kolejny możliwość odegrania uroczego chłopaka z sąsiedztwa, tym razem postanowił dodać mu trochę pazura. Kevin Spacey w roli mafijnego bossa świetnie parodiuje sam siebie. Z kolei na drugim planie, szaleją Jamie Foxx, Jon Hamm i Eiza Gonzalez, tworząc niezwykle barwną paradę wykolejeńców, z którymi trudno nie sympatyzować. Cała grupa, odnajduje się w tym świecie znakomicie, zgrabnie popychając akcję do przodu. Nie ma tu dłużyzn, ani nietrafionych scen. Wyważony humor, zawsze trafia tam gdzie powinien. Mimo, że wydawać by się mogło, iż czeka nas tu wyjątkowo ostra jazda, warto wskoczyć do samochodu razem z Baby’m.