Bogowie radzą sobie bardzo dobrze na małym ekranie Recenzja American Gods

Zjedź niżej

Mimo, iż nigdy nie czytałam książki Neila Gainmana, to z wypiekami na twarzy czekałam na adaptację jego „Amerykańskich Bogów”. Wszystko za sprawą jednego człowieka – Bryana Fullera. Po świetnie zrealizowanym „Hannibalu”, byłam ciekawa jak wybrnie z przeniesienia na srebrny ekran czegoś, co w teorii wydawało się być nieadaptowalne. Przez lata bowiem Hollywood zastanawiało się, jak się zabrać do zekranizowania epickiej powieści na temat władzy, religii, wiary i szaleństwa. Na szczęście twórcy wybrnęli z tej sytuacji w sposób mistrzowski.

Fuller podjął współpracę z jednym z obecnie bardziej rozchwytywanych scenarzystów – Michaelem Greenem, który na swoim koncie ma zarówno Logana, jak i nadchodzącego nowego Blade Runner. Wizja Gainmana została więc wpleciona w wysublimowane obrazy przesycone wizualnymi kompozycjami, które widzowie mogli zaobserwować we wspomnianym wcześniej „Hannibalu”, czyli jednej z najlepszych serii 2010 roku. Rezultat przeszedł jednak moje najśmielsze oczekiwania. Czegoś takiego jeszcze w telewizji nie było i prawdopodobnie nie będzie. Po seansie pierwszego odcinka na myśl przyszło mi „Miasteczko Twin Peaks” Davida Lyncha. Serial jest bowiem niezwykły, unikatowy i niepokojąco dziwaczny. Gdy raz się go zobaczy, nie można przestać.

Produkcja rozpoczyna się sceną przybycia Vikingów do nowego świata, gdzie czeka na nich śmierć od tysiąca strzał. Niestety nie ma wiatru, który mógłby zabrać ich z powrotem. W tym momencie, widzimy ich próby przykucia uwagi Bogów, którzy mają sprawić, że będą mogli wrócić w ojczyste strony. Zaczynają od modlitw, by następnie przejść do składania ofiar, a na totalnej wojnie kończąc. Widz zaczyna więc zastanawiać się, czy jako ludzka rasa cały czas staramy się zwrócić uwagę naszych twórców? Czy jesteśmy zagubionymi dziećmi, które błagają naszych rodziców o to, by w końcu poświęcili nam chwile uwagi? Druga część stanowi fenomenalny popis aktorskich zdolności Orlando Jonesa, który wciela się w Pana Nancy, zachęcającego niewolników do tego, by spalili statek, tłumacząc im, jak bardzo będą mieli przejebane przechlapane przez następne stulecia. Kolejne epizody również rozpoczynają się od wysokiego C, łącząc wcześniejsze elementy w jedną całość. Serial sprawia wrażenie, jakby z odcinka na odcinek chciał przebić sam siebie i muszę przyznać, że twórcom wychodzi to bardzo dobrze. Wprowadzają kolejne nowe, barwne postacie, coraz bardziej pokręcone wątki oraz mitologię.

Staram się unikać typowego opisu, który wplatany jest zazwyczaj w recenzję, gdyż Amerykańscy Bogowie nie są oparci na klasycznej narracji. Twórcy serialu powoli rozwija poszczególne elementy fabuły, wybiegając w przyszłość i cofając się do przeszłości. Fuller bierze pomysły z książki i je rozwija, sprawiając, że historia sama w sobie jest niezwykle wciągająca. Niemniej jednak produkcja krąży wokół osi fabuły, która skupia się na byłym skazańcu Cieniu (Shadow Moon), który wychodzi z więzienia kilka dni wcześniej, gdyż jego żona Laura ginie w wypadku samochodowym. Na swojej drodze spotyka tajemniczego Mr. Wendnesday, dla którego zaczyna pracować, gdyż nie ma nic do stracenia. Tak zaczyna się ich wspólna „przygoda”.

Fuller bez wątpienia, ma niesamowitą rękę, jeżeli chodzi o casting. Poza genialny Ianem McShane’m (który ukradł rolę samemu Nicolasowi Cage’owi), występuje także Peter Stromare oraz Gillian Anderson. Za każdym razem, gdy aktorka pojawia się na ekranie, jej występ okazuje się być tak niesamowity, że momentami, aż grzechem byłoby nie wrócić ponownie do scen z jej udziałem. Wizualnie wykracza to poza wszelkie ówczesne ramy, dlatego chociażby dla tych chwil, warto sprawdzić tą pozycję. Oczywiście nie można zapominać o królu drugiego – planu czyli Crispinie Gloverze, który zaskakuje pod każdym względem. Jego Mr. World z jednej strony jest opanowany, podczas, gdy z drugiej pokazuje swoje nieobliczalne i szalone oblicze.

Stwierdzenie, że Amerykańscy Bogowie starają się zamieszać w tradycyjnym pojmowaniu seriali telewizyjnych, byłoby jawnym niedocenieniem tego, co twórcom udało się stworzyć. To nie tylko nowa jakość opowiadania historii, która jest niczym poszczególne rozdziały w książce – niektórzy bohaterowie wrócą, inni zaś pojawiają się tylko jeden raz i znikną. To przede wszystkim kwestia wizualna i aura, jaka unosi się nad serialem. Widz ma wrażenie, że jest częścią tej przygody, nieważne, jak bardzo byłaby pokręcona. A produkcja ma przecież za zadaniem pozostawić widza skonfundowanego. Warto zaznaczyć, że był to jeden z argumentów krytyków za tym, że jest to serial zły, bo widz, który nie czytał książki nie wie, co się dzieje. Dla mnie to ogromna zaleta, bowiem razem z głównym bohaterem, powoli odkrywamy czym jest świat przedstawiony oraz co tak naprawdę się dzieje. Serial to w głównej mierze przesyt różnego rodzaju osobowości, dobrze napisany scenariusz i niesamowite idee oraz obrazy. To twór, który ma na celu zmienić postrzeganie, jeżeli chodzi o współczesne seriale, jak i tworzenie adaptacji. Mamy bowiem do czynienia z produkcją, która jest przemyślana od początku do końca i prezentuje nam świat dziwacznych postaci, nie tak bardzo różniących się od nas samych. Mnie Amerykańscy Bogowie kupili praktycznie od pierwszego odcinka i nerwowo wyczekuję następnego sezonu.